Dionizos przechodzi - Maurycy Witkowiak

Informacje o nowościach wydawniczych godnych (lub mniej godnych) uwagi, ich recenzje oraz recenzje książek, filmów i artykułów starszych ale wyjątkowo wartościowych.

Moderator: invictus

Regulamin forum
Zasady umieszczania recenzji
Umieszczając nową recenzję proszę o przestrzeganie poniższych zasad:
1. Format tematu: "Tytuł - Autor"
2. W opisie proszę zamieszczać również nazwę wydawnictwa oraz datę wydania.
3. W miarę możliwości proszę umieszczać zdjęcie okładki lub inną ilustrację.

Informacje o nowościach wydawniczych: http://www.1939.pl/ksiazki/
ODPOWIEDZ
Maurycy Witkowiak
Szeregowy
Szeregowy
Posty: 26
Rejestracja: ndz paź 26, 2008 2:27 am

Dionizos przechodzi - Maurycy Witkowiak

Post autor: Maurycy Witkowiak » pn wrz 14, 2009 12:58 pm

(opowiadanie, napisane w kwietniu br, do tej pory ukazało się w czasopiśmie literackim "Nestor")



A przecież młode, wypieszczone i pachnące marsylskim mydłem ciało hrabianki Czerniawskiej było takie realne, takie swoiste. Przeniknęła jego skórę i czuł jej woń, nawet teraz, swoim dotykiem otworzyła w nim źródła które w tej chwili krwawiły, gałęzie drzew przypominały mu jej rozłożone ręce, a skłębione chmury, na które spoglądał – falbanki i koronki, w których nurzał się zapamiętale, aż do spełnienia.


Jego twarz zabłysła na chwilę w nikłym świetle małego ognika, gdy zapalał papierosa. Spojrzał na wzgórza, za którymi zachodziło czerwone, jakby nabrzmiałe słońce. Gdzieś za nimi musiały być Rożki. A teraz odcięli ich i nie mogą się tam przebić. Cholera.

Podchorąży otrzepał mundur i wszedł w głąb lasu, gdzie stał jego szwadron. Wachmistrz Bogdziewicz, młody chłopak o twarzy urzędnika bankowego czy subiekta, natychmiast wyczuł niepewność w jego oczach i postanowił to skwapliwie wykorzystać.

Panie Podchorąży Karwowski (tak się do niego zwracał, z rangą i z nazwiskiem, co jednak w ich wzajemnych stosunkach nie wykluczało pewnej poufałości) – żywność się kończy. Jak Andrószowski wróci z Czarnych, będziemy wiedzieli, czy możemy się przebić. Na razie wiemy, że przy Rożkach czołgi, z drugiej strony szkopscy grenadierzy ścigają naszych od kapitana Stawowego. Wczoraj znowu wyparli ich ze wsi. – dokończył nerwowo przygładzając czarne, sztywne włosy i wlepiając oczy w Karwowskiego.

Ja też to wiem – odburknął podchorąży marszcząc czoło, a słowa „czołgi w Rożkach” jak żelazna, świszcząca kula błądziły wewnątrz jego głowy. Zapomniał o wszystkim i zaczął zastanawiać się, jak wyglądała by scena, w której niemieccy żołnierze, potężni blondyni, jeden po drugim gwałcą hrabiankę Czerniawską na dziedzińcu dworku. Mimo nienawiści do wroga widział w tym coś malowniczego, gdy wyobraził sobie biel jej ud, a pomiędzy nimi poruszający się szmaragdowy mundur oficera, wokół śmiechy i wyzwiska. Otrząsnął się. Czyżby aż tak gardził nią, za tę krótką niewolę, która teraz istnieje tylko w jego wnętrzu? Czy ma do tego prawo? Przecież nie kocha jej, tylko Teresę, która na szczęście jest tam, daleko, w Krasnystawie i nawet nigdy się nie dowie co się działo w sypialni znudzonej i miękkiej hrabianki.


Hrabianka... Też był z dobrej szlachty, mógłby przecież mówić do niej Małgorzata, a sam do siebie powtarzał ciągle „hrabianka Czerniawska”. Podniecało go to. Ta kobieta czuła , że front się zbliża i postanowiła nie tracić ani chwili. To był chyba siedemnasty września. Gdy Karwowski dokonał wieczornego przeglądu oddziału i odesłał go na leże, ona pospiesznie wzięła go do dworku i podjęła befsztykami, winem i plackami ze śmietaną. Gdy posilił się przy blasku srebrnych lichtarzy, patrząc łakomymi oczyma to na jedzenie, to na jej śliczne nóżki, ogarnęła go dziwna senność. Po trzeszczących schodach wszedł do swego pokoju. Ogolił się i umył. Gdy stał przed owalnym lustrem usłyszał, że otwierają się drzwi. I zobaczył w tym lustrze, że wchodzi tam ona, absolutna pani tego miejsca. Weszła i spojrzała na niego jak na swoją własność, a potem przywróciła do życia dzięki umiejętnościom, których nie powstydziłaby się pospolita dziwka.

Pamięta, że gdy było już po wszystkim i leżał spokojnie mając jej głowę na swojej piersi, patrzył za okno, na korony drzew spokojnie kołyszące się na lekkim wietrze. W oddali było słychać wystrzały niczym odgłosy nadciągającej burzy. Potem jeszcze warkot samolotów, od którego czuł chłód w brzuchu. W Rożkach spędzili jeszcze tylko jedną noc, podczas której hrabianka Czerniawska zachowywała się jak dzika i niezmordowana klacz. Karwowski bał się potem, że ktoś z oddziału mógł usłyszeć jej łapczywe krzyki.

„ Kiedy ja zabawiałem się z hrabianką, oni na pewno chędożyli jej służbę” – pomyślał potem, jakby usprawiedliwiając się. Teresa przebłyskiwała czasem jako to „jedyne” i „prawdziwe” uczucie, niedzielny obiad i spacer po parku. Karwowskiego interesował jednak każdy przejaw duszy, obojętnie czy zły , czy dobry, każdy poryw. Chciał to poznać. A miał tę umiejętność, że wszystko umiał sobie wytłumaczyć i wszystko wyobrazić. Czuł się jakby wewnątrz wyściełany watą.

Nieprzytomnymi oczyma spojrzał na Bogdziewicza, który, ze zgaszonym wzrokiem i bladą twarzą odchodził w kierunku rżących koni.

Syrokomla...biedny chłopcze...pomyślał spoglądając na młodego mężczyznę grającego z kolegami w karty pod jabłonią. Dzisiaj się ożeniłeś, jutro zginiesz. Karwowski zezwolił na ślub, który odbył się dwa dni temu, w kościele w Czarnych. Syrokomla i Kaśka poznali się niewiele wcześniej, będzie jakieś trzy- cztery dni. Wesele wyglądało biednie, panna młoda miała welon zrobiony ze zdobycznej firany, nie było prawie nic prócz wódki, kiełbasy, chleba i słoniny. Jedyne co mogli im zapewnić, to szpaler z szabli, połyskujących w słońcu, aż raziło oczy. Zresztą lubił, tę małą, zwinną dziewczynę, która dokonywała cudów aby wydostać dla nich ze wsi jajka i mleko i do której teraz mówili „pani Syrokomlowa”.

...i znowu wystrzał, przerywający rozmyślania....

Papieros pomaga, ale tylko na chwilę. Oni nie mogą widzieć, że on się boi. Na cholerę to wszystko. Rotmistrz Chwalba przygładzał te swoje wąsy, przygładzał, zobaczył na skraju lasu niemiecką piechotę, zażył tabaki. Potem podniósł tylko szablę i zanim zdążył poprowadzić szarżę, padł na wznak przeszyty serią z ckm-u, razem ze swoją Aspazją. Groteskowo wyglądała ta cala jego elegancja, flegma, błysk w oczach i zapach wody kolońskiej w porównaniu z krwawą pianą i wywróconymi białkami oczu, gdy dostał. I on jeszcze myślał, że zaskoczy ich szybką szarżą? Wiadomo – ten romantyzm go zgubił. Mówili mu – Panie rotmistrzu, upraszam się, aby zaatakować wroga, gdy ten będzie odpoczywał na skraju lasu. Jest uzbrojony po zęby, w pobliżu broń pancerna i pluton motorowy. A on im na to: g****... Jesteście za młodzi aby mi doradzać. Gdy ja walczyłem z Ruskimi pod Zamościem, wy jeszcze nosiliście koszule w zębach! I tak dalej i apiat’. I teraz on- dwudziestodwuletni szczeniak musi ciągnąc za sobą te czeredę kawaleryjską z dwiema wiecznie psującymi się tankietkami (skryli je teraz w głębi lasu), szwadron który jeszcze nic się nie nauczył i nadal pragnie bohaterskiej szarży. Karwowski wiedział, że drogę odwrotu mają odciętą z trzech stron. Powinni przebijać się na południe, ku rozproszonym już oddziałom Armii Karpaty, ale to groziło zetknięciem się z niemiecką brygadą piechoty górskiej, która swoimi haubicami rozniosłaby ich w pył. A on chce wypełnić rozkaz i iść potem, gdzie oczy poniosą, choćby i do Rumunii, gdy będzie trzeba. A, niech szlag to trafi!

Rożki go tak kłuły, bo kochał ten dworek i wszystkie dworki, pachnące chlebem, miodem, kwiatami lipy i świeżo wykrochmalonym obrusem, w takim dworku się wychował, a teraz – i wiedział to, wiedział wyraźnie- koniec z nimi. Idzie nowe. Dionizos przechodzi po polskiej ziemi- jak to mu mówił kapitan Smreczyński, w cywilu doktor filozofii ze Lwowa.

Cholerna jesień, ciepła i pachnąca, droga gładka jak stół... Przejdą i zgniotą. Jeszcze kwiaty zerwą po drodze!

Andrószowski, który niepostrzeżenie wysuwając się zza drzew przerwał na chwilę zadumę Karwowskiego przyniósł jednak dobre wiadomości, toteż na jego przystojnej twarzy malowało się nieskrywane zadowolenie. Południe było czyste, bowiem brygada artylerii górskiej została nie tylko przetrzebiona przez nalot bombowców (och, gdyby więcej tych Łosi!), ale jeszcze związana walką przez jakiś batalion strzelców, który nie wiadomo skąd się wziął.


Może to Rumuni? – spytał Bogdziewicz podnosząc rozczochraną głowę znad menażki.

A nie karpatki Kolskiego? – wtrącił nieśmiało Syrokomla

Po pierwsze – dla Ciebie- pana rotmistrza Kolskiego. Po drugie – powiedz mi ,Syrokomla w jaki sposób mieli by oni przejść do nas z południa taki kawał? Na skrzydłach mieli przelecieć?– uciął Karwowski.



Zapadło niezręczne milczenie. Ptaki śpiewały wysoko, wijąc gniazda. Pachniały liście i las. Wilgotna trawa przyjemnie chłodziła rozpalone dłonie.

Rozłożyli mapę na zwalonym pniu.

Tu są Huciska, tu są Rożki, tu jesteśmy my... – pokazywał Bogdziewicz, szukając w oczach podchorążego akceptacji. Ale Karwowski odwrócił je i zapalił papierosa.

...a tu i tu i tu, i z lewej i z prawej, od północy i od południa są Szkopy – dodał w myślach. Łatwiej Ci będzie pokazać , gdzie ich nie ma, cholera jasna.

Oddalił się i usiadł na łące. Próbował sobie wyobrazić, uzmysłowić cały ten mechanizm, o którym do tej pory nie miał pojęcia. Co sprawiło, że te setki tysięcy opuściło domy, pola, fabryki, dorwało się do granicznych orłów, zgniotło i przeszło? I wyobraził sobie ideę, zrodzoną w spoconej głowie Fuhrera. A potem na myśl przyszedł mu Nietzsche, wreszcie Dionizos, o którym mówił Smreczyński. I tu się zatrzymał.




II


Jego podwładni siedzieli na pniu, bądź stali obok niego i przyglądali mu się z trwogą. W oddali jeszcze jeden wystrzał, koszula przykleja się do spoconej skóry, kolejny papieros nie smakuje ani trochę.

I jeszcze hrabianka Czerniawska i tam, dymy nad Rożkami, tutaj i tam, dalej, gdzie mieszka albo mieszkało wujostwo majora Rubena(tego, co zginął pod Ożarowem).


Będzie szarża. Ale taka rozpoznawcza. Chce widzieć hrabiankę pohańbioną i leżącą na dziedzińcu. A potem zawrócić, byle w dziką przepaść wpaść i zapomnieć, o wszystkim zapomnieć. I z pełną pompą panowie!
Lampasy mają być lśniące, ogolimy się wcześniej, twarze obmyjemy w stawie, popręgi i puśliska trzeba poprawić. I z trąbką! Z fanfarami, które być może ostatni raz(znów wystrzał, chyba haubica) zabrzmią nad tą ziemią.

Nagle Karwowskiemu zdało się, że natura przyśpieszyła i z jednym zimniejszym podmuchem wiatru przyszła jesień. Ale po chwili znów wyszło czerwone, złośliwe słońce. Oświetlało kryjówki, pewnie delikatnie opalizowało na twarze hitlerowców, którzy odpoczywali pomiędzy Rożkami a Rożkami-Kolonią. Gdyby ta końcówka lata była dżdżysta, tak jak rok temu, to ich zagony pancerne ugrzęzłyby w błocie, a nasi już dokończyliby dzieła. Karwowskiego dziwiło, jaka natura może być nieczuła.
„Myślałem, że Bóg jest po naszej stronie, że, tak jak śmierci Jezusa towarzyszyły ciemności, wiatr i gromy, tak samo przy konaniu tego kraju rozpęta się burza i zakryje w morzu czerni tych żałosnych niedobitków z orzełkami na czapkach.” – zastanawiał się cicho.

Teraz popatrzy na tych, których za chwilę wyśle na śmierć. Ma do tego prawo, sam poprowadzi ten atak. A tak liczył jeszcze pierwszego, jeszcze drugiego i trzeciego września śniło mu się, jak prowadzi cały pułk, calutki w brązie, bieli i czerwieni, przystojne chłopaki, palce lizać, na jego piersiach virtuti. Słyszy odgłos szabli wysuwanej z pochwy, widzi swoją własną twarz. I uśmiechał się do tego obrazu, tak jak uśmiechamy się do nieznajomego, choć miłego oblicza.

A potem przyszły okropności wojny: porzucone zwłoki, spalone domy, porozrzucany dobytek, płaczące dzieci. W Krakowie, do którego przebili się po ciężkich walkach zastali ludzi w podnieceniu biegających po ulicach. Kościoły i synagogi stały puste. Zdumiewający brak myśli przewodniej, chaos i kakofonia, po drogach wściekle pędzące furmanki, jęki koni ciętych biczem, a w górze wiecznie złowrogi szum.

- Niebo o nas zapomniało. Niebo nie należy do Boga, ono jest Szatana! – gdzieś pod Sandomierzem wycharczał do niego ksiądz z czerwoną twarzą i rozwianym siwym włosem. Ciekawe, co dzieje się z tym księdzem teraz, czy żyje jeszcze. Tak bał się śmierci, ów wielebny, tak kurczowo chwytał się życia, przycupnięty w leju po bombie przeczekiwał ataki, gdy konający w pobliżu błagali go o rozgrzeszenie.

Czasem jeszcze w głowie, gdzieś głęboko wypływa jedna, idiotyczna myśl: przebić się, na północ, do Warszawy, tam, gdzie zmierzają niedobitki z Wołynia, znad Bzury, z Pomorza i Prus Wschodnich, do tej Mekki głupich i mających nadzieję, tych, co uwielbiają krew przelewać i nawet zginąć chcą stadnie.


Wyrzucał sobie, że był złym dowódcą. Pogrążony we własnych rozmyślaniach, przygarbiony pod ciężarem decyzji, którą miał podjąć zapomniał o nich. Rozmawiali teraz w grupkach, żuli stary, twardy chleb, spoglądali na niego ukradkiem.

Wszedł na niewielkie, zalesione wzgórze i przyłożył do oczu zakurzoną lornetkę. A gdyby tak na południe? – pomyślał jakby niedbale. Zaraz zmroziło go.

Czy wolno mi tak sobie o tym myśleć? Północ czy południe? A przecież to wybór między życiem a śmiercią... I natychmiast Warszawa wydała mu się czarna, dymiąca zgliszczami, pulsująca morderczym strachem, a Rumunia – oazą, pełną wina i bujnej roślinności. Nie chciał podejmować nowej walki, wiedział o tym, że Bogdziewicz czy Syrokomla też tego nie chcą.
Oni byli już wypaleni i przełamani na wstępie, to wszystko, co zobaczyli przez te trzy tygodnie wojny, jak gryzący, ostry pył zostało pod ich obrzękłymi powiekami. Nie znali żadnego innego świata, prócz tego, który na ich oczach został zrównany z ziemią. Wyszli, żegnając się z dziewczynami, ostatniej nocy pośpiesznie składali w nich nasienie jak znak rozpaczy wobec niepewnej przyszłości, przypinali do munduru niezapominajki i szli.

Może gdzieś byli inni-silniejsi, tamci...

Tu nie ma już nikogo.

Dla takich jak oni, chyba nie ma miejsca.

Po godzinie wytężonego oczekiwania wydawało się, że strzały ucichły. Karwowski pozwolił rozpalić ognisko. Piekli ziemniaki, w ogniu wychudłe twarze błyszczały, niczym w krwawej gorączce. Pod stopy spadały im pierwsze rude liście.

Karwowskiego palił kołnierz munduru, przyklejający się do spoconej szyi. Papieros, który oderwał się od zeschniętych warg miał lekko krwisty smak. Karwowski dopiero teraz zauważył zaróżowiony ustnik.

Zraniłem się w wargę, to tylko...

To drobne skaleczenie uświadomiło mu, jak bardzo bał się, że zostanie ranny. Widział ich przecież tylu, wyjących, czołgających się w piachu, z twarzami jakby przedartymi nieprzytomnym bólem. Słyszał, że hitlerowcy takich rannych dobijają strzałem w tył głowy... A on sam przejmuje się tą lekko zakrwawioną bibułką...

Wtem usłyszał za sobą kroki.

Panie Podchorąży, co będziemy robić? – spytał się Bogdziewicz, który usłużnie przybiegł na wzgórze. Front może tu być jutro wieczorem, a może nawet wcześniej. A wachmistrz Gębura mówi, że...

Stul pysk! – Karwowski nie wytrzymał, ale sam czuł, że nadrabia miną. Do jutra jest jeszcze dużo czasu. Słyszysz? D - u- ż- o. A dowodzę tu ja, a nie twój wachmistrz. Popraw sobie karabin, bo nosisz go jak damulka parasolkę.


Spojrzenie Bogdziewicza zaniepokoiło go. Nie wiedział, że wachmistrz odtąd będzie próbował go zabić.




III






Następnego ranka zebrał wszystkich na apel. Patrzył w te czarne ,zarośnięte twarze, bezmyślnie patrzące przed siebie, podchodził do nich i poprawiał im mundury.
Nie stali jednak na baczność, a jeśli nawet stali to bardzo niedbale, niektórzy mieli ręce założone na piersiach. Każdy patrzył w inną stronę. Podchorąży musiał udać, że tego nie widzi, bo ostatecznie co miał zrobić?

Bogdziewicz zachował się bezmyślnie, zdradzając swoje plany zabójstwa Karwowskiego i przejęcia kontroli nad oddziałem Andrószowskiemu. Na rozmowę Bogdziewicz wywabił go poza obóz, gdzie już nie wolno im się było zapuszczać. Cały czas miał przygotowanego w pogotowiu visa, gdyby Andrószowski nie zgodził się przyłączyć do spisku. Nerwowo zaciskał dłonie na rewolwerze, gdy z pozornym spokojem, rytmicznie wyznawał mu swój plan.


- Wtedy przebijemy się ku lasom, na północ. Ruski i Niemcy nie zdołali się jeszcze ześrodkować. To jest jedyna szansa, aby...

Nie dokończył, gdy Andrószowski skoczył mu do gardła. Wywiązała się szamotanina, w której Bogdziewicz oddał strzał w powietrze. Stojący w pobliżu na warcie kapral Jański będąc pewien, że to jakiś patrol niemiecki oddał trzy strzały. A był dobrym strzelcem. Bogdziewicz padł, trafiony w brzuch i udo. Gdy przerażony Jański dobiegł do konającego, on wywrócił tylko oczyma, szarpnął się jak ryba wyrzucona na brzeg i wyszeptał sinymi wargami.

Niszcz.

Andrószowski, który stał obok podniósł pistolet Bogdziewicza, którym sam miał zostać zabity. W milczeniu przyłożył mu go do głowy. Jański nie okazał sprzeciwu.

Był zdrajcą! – zaczął krzyczeć Andrószowski wymachując rękoma. Ciebie i ten las zielony biorę na świadka, że wachmistrz Józef Bogdziewicz z 15 szwadronu Małopolskiej Brygady Kawalerii winny był zdrady zorganizowania spisku na życie naszego dowódcy podchorążego...

Przecież ty chciałeś zabić wachmistrza – powiedział spokojnie Jański. I cieszyłeś się, że przyszła okazja. A czujesz się teraz lepiej?

Uroczyście brzmiąca trąbka wezwała ich na kolejny apel. Gdy przeszli w stronę obozu, zobaczyli Karwowskiego stojącego na małym kopcu. Miał bardzo uroczystą minę.

Andrószowski nawet nie zastanawiał się czy ktoś zauważy zniknięcie wachmistrza. Przecież musieli słyszeć strzały, a teraz widzą puste miejsce po lewej stronie.
Zamieszanie jednak było wielkie, wszyscy biegali, krzątali się. Andrószowski zauważył, że nikt nie zajmuje się końmi, a wielu kawalerzystów ma niekompletne umundurowanie.

Żołnierze! – głos Karwowskiego próbował przebić się przez gwar. Rozkazem , który dotarł do nad dzisiaj rano jesteśmy zobowiązani do opuszczenia dotychczasowej linii obrony i przemieszczenia się na przedmoście rumuńskie, aby tam, na tym ostatnim skraju polskiej ziemi walczyć przeciwko hitlerowskiemu najeźdźcy.


Karwowskiego przywitały gwizdy i pomruki, on jednak niewzruszenie ciągnął dalej.

Dziękuję Wam (powiódł wokoło zaniepokojonym wzrokiem) żołnierze za te dni krwawych walk w obronie Ojczyzny, za wasz trud żołnierski. Jeszcze Polska nie zginęła! – krzyknął z fałszywym zapałem, poczym z wyraźną ulgą zeskoczył z górki.


Żołnierze rozeszli się na leże, a Syrokomla został wysłany na zwiady, nieco na północ, w kierunku Rożków.
Karwowski po prostu chciał się przekonać, jakie były dalsze losy hrabianki Czerniawskiej, nikomu jednak się z tym nie zdradził. „Syrokomla, wiesz, musisz popatrzeć, czy tam nie ma kompanii grenadierów gdzieś w pobliżu, panimajesz?’- mówił, nie patrząc mu w oczy.

Decyzja podchorążego była w smak wachmistrzowi Gęburze i (stop) Kodymowiczowi. Zastali Kaśkę, gdy obierała ziemniaki na skraju lasu. Była w prostej, białej sukni, przy podmuchach delikatnego wiatru raz po raz ukazywały się jej białe łydki i kolana. Gębura zaszedł ją od tyłu, zatkał usta, tłumiąc krzyk przerażenia(może myślała, że to Niemcy?) i zadarł jej spódnicę. Kodymowicz stanął przed nią spuścił spodnie, poczym wymierzył Kasi siarczysty policzek.

Przylgnął do niej, wykonując miarowe, pośpieszne ruchy, a po jej udach popłynęła jasna krew.

Patrzcie, ten szczeniak Syrokomla nawet do baby nie umiał się zabrać jak trzeba! – Gębura wyszczerzył zęby.

Gdy Kodymowicz dokończył i zasapał się, zmienił go Gębura. Przechodzący w pobliżu Marczak przygryzł wąsa i krzyknął do nich.

Jak skończycie, zostawcie coś dla mnie!

Po chwili ciemnej rozkoszy Gębura usłyszał znajomy warkot. Zmartwiał z przerażenia, i myślał, że śni gdy zobaczył niemiecki samochód pancerny. Zaczął uciekać, jednocześnie próbując założyć spodnie. Seria z działka jednak rozerwała go na strzępy, a odłamki zabiły Kasię, kończąc piekło, którego zaznała w ostatnich minutach życia. Tak to przewrotnie się złożyło – obawiała się hitlerowców, a zgwałcili ją towarzysze jej męża- polscy żołnierze. Konając, nie wiedziała jeszcze jednej rzeczy. Otóż, z tego samego działka kilkanaście minut wcześnie padł strzał, który zabił jej młodego męża.

Tyraliery grenadierów niemieckich, które otoczyły ich z trzech stron, zadawały dotkliwe straty. Nie żyli już Mądrochowski i Kupcewicz, ciężko ranny był młody Ruben.

Nie było się nawet gdzie ukryć – wszędzie gładko, las rzadki. Ostatnich kilku poddało się, z Karwowskim na czele.

Stali teraz w rzędzie, a dowódca niemiecki, przystojny brunet z wyrazem znudzenia na twarzy odrywał im pagony i na kolanie złamał szablę Karwowskiego.

Ona została złamana już wcześniej, ty to tylko potwierdzasz, Szkopie- pomyślał podchorąży.

Czuł tak wielką obojętność, jakby to już nie było jego życie, jakby umarł już wcześnie, gdzieś między Bzurą a Modlinem.

Stał on, Kodymowicz, Wirski, Ostapienko i żyd – Wiesensztein, najniższy rangą. Właśnie jego odłączyli od nich, podumali chwilę, paląc papierosy, po czym wybuchnęli śmiechem. Jeden z Niemców wyciągnął pistolet i strzelił Wiesenszteinowi prosto w piersi, wysuwając koniuszek języka, zupełnie jak dziecko, które, na loterii rzucą strzałą, próbując wcelować w środek tarczy.

Teraz wzięli na bok Kodymowicza.

Ten upadł na kolana i zaczął tarzać się w piasku.
Parskał i wrzeszczał.

- Nicht, nicht verloren! Nie zabijajcie!!! Heil Hitler! Żyć! Ja chcę! Nic nie machen! Ich unsere freunde!
Nie zabijajcie! – ryczał

Dowódca Niemców wymierzył w niego, po czym nieznacznie uśmiechnął się i opuścił rękę.
Jeden z hitlerowców wymierzył Kodymowiczowi soczysty kopniak w brzuch.

Dwóch innych żołnierzy złapało Karwowskiego i postawiło przed leżącym na ziemi.

Dali Kodymowiczowi rewolwer, a jeden z Niemców złapał go za kark i powiedział łamaną polszczyzną.

Zabij go, a my darować życie tobie.

- Nie zabijajcie, darujcie mi życie, Heil Hitler! Heil Dojczland! – wykrzykiwał Kodymowicz, który nadal niewiele rozumiał.

Krew uciekła z twarzy Karwowskiego, ale jednocześnie uczul w sobie dziwne ciepło, rozrastające się jak ślad atramentu na chusteczce . Nie trzymali go, więc wyciągnął papierosa i zapalił, spoglądając na wachmistrza z odrazą, jak na glistę czy pająka. Miał minę, jakby sam miał decydować o jego losie, a nie na odwrót. Strzyknął śliną przez zęby, wprost pod nogi Kodymowicza.

Jeśli mnie chcecie zabić, pozwólcie tym odejść - powiedział bez namysłu, jakby próbując się usprawiedliwić.

Kodymowicz dyszał ciężko i płakał na przemian, powoli podnosząc broń. Niemcy śmiali się i żartowali. Wysoko, w drzewach śpiewały ptaki, a po niebie przepływały chmury o fantazyjnych kształtach. Niemcy rozpalali ognisko i pogryzali suchary, niektórzy śpiewali jakąś piosenkę Schillera.

Wreszcie Kodymowicz nacisnął spust. Chybił.

- Cholera, jakie on wystawia świadectwo naszej sztuce strzelania? – pomyślał Karwowski niemalże z uśmiechem.

Wachmistrz, łkając strzelił jeszcze raz. Karwowski zachwiał się, i poczuł jak ciepła, lekka krew spływa mu po głowie. Usłyszał jeszcze rżenie konia i przysiągłby, że to to Hera żegna się z nim na zawsze. Padł twarzą przy swej złamanej szabli. Widział, jakby coś otwierało się nad nim, rękoma szarpał trawę. Zobaczył jeszcze słońce i dym. I nagle powstało w nim rozpaczliwe pytanie, które od tak dawna chciał zadać. „To ty?” - wyszeptał bielejącymi wargami. I już miał usłyszeć odpowiedź, gdy kolejny strzał, widać oddany z bardzo bliska pogrążył go w mroku, ale niekoniecznie pustce.

(Poznań, kwiecień 2009)

ODPOWIEDZ